Był zimny poranek. Z żółtej taksówki wyskoczyła Alice, jej noga
niefortunnie trafiła na lód i prawie się wywróciła. Udało jej się złapać
równowagę, odetchnęła z ulgą. Usmiechnęła się, gdy taksówkarz zaczął
wyjmować z bagażnika liczne paczuszki, walizki i tym podobne. Sybko
jednak posmutniała na myśl o tym, że będzie musiała wszystko wnosić do
akademika. Zgryzła wargi.
- No cóż... Mógłby pan mi... - usłyszała tylko pisk opo, taksówka odjechała - Jeny - przechyliła główę na bok.
- Jestem zmuszona zanieść to sama. - Westchnęła i zabrała pierwsze dwie walizki.
< Chciałby ktoś ze mna poipisać ciąg dalszy? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz