Rany zadane przez demona już dostatecznie wygoiły się, tak żebym mogła wyruszyć na kolejną, chyba najważniejszą misję.
Tym razem brak drużyny był o wiele większą niedogodnością. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale stwierdziłam, że skoro poradziłam sobie z powtorem, mogę być równą przeciwniczką wiedźmy.
Wyruszyłam... W nocy. Tylko wtedy mogłam ją napotkać. Bałam się ciemności, ale próbowałam o tym nie myśleć. Podobno miała swoją kryjówkę w pobliskim lesie, tam więc dążyłam lekkim krokiem.
Stojąc na skraju lasu, ponownie nawiedziły mnie nieznośne wątpliwości. Przemogłam jednak lęk i wkroczyłam między drzewa, wznosząc bariery zapewniające mi niewidzialność. Szłam naprzód przez kilkanaście minut, uważnie rozglądając się w około. Na nieszczęście (a może i szczęście) nie zauważyłam nic podejrzanego.
Gdy omijałam jedno z wiekowych drzew, usłyszałam szept.
-Widzę cię doskonale -obwieścił głos mrożący krew w żyłach. -Nie musisz więcej stosować swoich żałosnych sztuczek.
-To wcale nie są... -urwałam.
Ciemność rozstąpiła się, ustępując światłu. Złemu światłu. Czułam to na wskroś. Blask otaczał kobietę spowitą w ciemne łachmany. Głowę schowała za obszernym kapturem.
-Twoje przedsięwzięcie nie ma sensu, dziecko -przemówiła- Naprawdę żal mi tego istnienia... Wyczuwam w tobie moc. Ale skoro już tu jesteś, zobaczmy, jak sobie radzisz.
-Nie doceniasz mnie.
Skoczyłam do ataku. Nagle poczułam, że jakaś siła odpycha mój miecz razem ze mną. Spojrzałam w stronę czarownicy, zdezorientowana.
-Tylko na tyle cię stać? -spytała prowokująco.
Z jej zmarszczonych palców wystrzeliła kaskada błękitnych płomieni mknących w moją stronę z niewyobrażalną prędkością. Zaskoczyłam się tym pokazem umiejętności, ale zachowałam refleks - odbiłam strumienie magii przy pomocy klingi. Wtedy zaklęcie poszybowało do swej twórczyni. Ta nie była przygotowana na tak szybką odpowiedź i padła na kolana. Wtedy szybko podbiegłam jak najbliżej i odsunęłam kaptur mieczem. Ukazała mi się twarz staruszki. Nie... nie staruszki. To oblicze zostało bardziej wyniszczone przez czas, niż cera jakiejkolwiek innej kobiety. Niewzruszona tym widokiem, dźgnęłam ją w serce.
Wiedźma jeszcze przez parę krótkich chwil patrzyła na mnie odrażającym wzrokiem, po czym w przedśmiertnych konwulsjach opadła na twarde podłoże. Nie chcąc dłużej wysłuchiwać agonii czarownicy, dobiłam przeciwniczkę kolejnym ciosem.
Wydała swój ostatni oddech, po czym wyzionęła duszę unoszącą się w powietrze... Soul powinien to zobaczyć, powiedziałam do siebie ze złośliwym uśmieszkiem. Zanim dokończyłam myśl, upadłam. Niespodziewanie zaskoczył mnie olbrzymia moc napełniająca moje drobne ciało. Zaraz jednak zrozumiałam, co się stało, i zaczęłam się śmiać. Zostałam Death Scyte. Sama. I nie odniosłam żadnych obrażeń. Nie zamierzałam przekazywać energii nikomu, kto posiada zdolność przemiany w broń... Jak na razie.
< koniec >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz